O pracę coraz łatwiej
Treść
Kolejne miesiące przynoszą coraz lepsze informacje o rynku pracy w Polsce. Maleje bezrobocie, rośnie liczba pracujących i ofert pracy, wzrastają wynagrodzenia. Szacuje się, że już niedługo stopa bezrobocia spadnie w naszym kraju poniżej 10 procent. To z kolei powoduje, że Polacy czują się coraz lepiej na rynku pracy, nie boją się już tak bardzo o swoją przyszłość jak jeszcze rok czy dwa lata temu. A w dodatku rosną wynagrodzenia. Oczywiście, opinie na temat przyczyn tych zjawisk są bardzo różne, bo zwolennicy rządu twierdzą, że spadek bezrobocia to jeden ze skutków dobrej polityki gospodarczej państwa, a wedle opozycji to efekt przede wszystkim licznej emigracji zarobkowej. Prawda, jak to często bywa, leży jednak pośrodku. Według oficjalnych danych resortu pracy, w kwietniu br. stopa bezrobocia wyniosła 13,7 proc. i w porównaniu do marca spadła o 0,7 procent. W bazach powiatowych urzędów pracy było zarejestrowanych 2 mln 106 tys. bezrobotnych. A jeszcze trzy lata temu poziom bezrobocia wynosił około 20 proc. i bez pracy było ponad 3 mln Polaków. Tak dobrze jak teraz na rynku pracy było ostatnio w czerwcu 2000 roku, kiedy to stopa bezrobocia wyniosła 13,6 procent. Ale wtedy już widać było pierwsze efekty "schładzania gospodarki" przez Leszka Balcerowicza. Bo potem stopa bezrobocia, z niewielkimi wahaniami, z roku na rok rosła. Więcej pracy Nie ma jednej przyczyny spadku bezrobocia w Polsce. Pewien wpływ na to ma z pewnością emigracja zarobkowa, choć nie można też tego zjawiska przeceniać. Eksperci nie są nawet zgodni, jak duża liczba Polaków wyjechała z kraju do Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemiec i innych krajów. Trzeba jednak pamiętać, że obok byłych bezrobotnych i pracowników etatowych, za chlebem jeżdżą także tysiące studentów, dla których praca za granicą ma charakter dorywczy i czasowy, podobnie zresztą jak i dla wielu ich starszych rodaków. Jeśliby traktować emigrację jako podstawowy czynnik spadku bezrobocia w ciągu ostatnich dwóch lat, to powinien on być o wiele wyższy. Skoro bowiem za granicę miało wyjechać nawet 1,5-2 mln Polaków... O wiele ważniejszy jest jednak fakt, że systematycznie przybywa pracy w kraju. Świadczy o tym choćby rosnąca liczba ofert pracy, jakie do "pośredniaków" zgłaszają pracodawcy. W ciągu roku był to wzrost przekraczający 100 tysięcy. Trzeba jednak pamiętać o tym, że tylko część pracodawców szuka ludzi do pracy za pomocą pośredniaków. Większość woli zamieszczać oferty pracy w mediach lub prowadzić rekrutację w inny sposób. Ile więc jest tych wolnych stanowisk pracy? Trudno to oszacować. Z drugiej strony, gdyby wolne stanowiska pracy miały zostać tylko po tych, którzy wyemigrowali, to powinno też ich być znacznie więcej. Tak więc niewątpliwie emigracja ma jakiś wpływ na poprawę sytuacji na rynku pracy, ale nie mniejszy jest także wpływ szybkiego wzrostu gospodarczego. Niejeden ekonomista przekonywał jeszcze niedawno, że jeśli wzrost PKB wyniesie w Polsce ponad 5 proc., to wtedy dopiero będziemy świadkami wyraźnego spadku bezrobocia. Tymczasem od wielu miesięcy gospodarka rośnie nam w tempie ponad 6 procent. Przedsiębiorstwa zwiększają sprzedaż i produkcję, więc potrzebują coraz większej liczby ludzi. Nie zawsze bowiem da się zwiększyć wydajność bez wzrostu zatrudnienia lub tylko dzięki zakupowi nowych maszyn. Poza tym inwestycja w park maszynowy może być o wiele droższa niż przy zatrudnianiu nowych pracowników. Dlaczego wzrost gospodarczy jest tak istotny? Bo powoduje on, że firmy i ludzie mają więcej pieniędzy, rosną więc zarówno wydatki inwestycyjne, choćby na budowę nowych zakładów, dróg, domów, jak i konsumpcyjne - na meble, sprzęt RTV i AGD, turystykę itd. A wtedy wszystkie branże odczuwają wzrost zamówień i nawzajem nakręcają sobie koniunkturę. Brakuje fachowców Niewątpliwie bardzo charakterystyczną cechą naszego rynku pracy jest brak wielu wykwalifikowanych pracowników, głównie średniego szczebla w zawodach technicznych. Murarze, tynkarze, zbrojarze, dekarze - to jedni z najbardziej poszukiwanych pracowników w sektorze budownictwa. Ale i przedsiębiorstwa branży metalowej z wielką chęcią zatrudniłyby tysiące tokarzy, frezerów, spawaczy itd. Nie mówiąc już o właścicielach sklepów, barów, restauracji, którzy także mają ogromne kłopoty kadrowe. Wystarczy tylko porozmawiać z przedstawicielami firm, które przygotowują się do sezonu letniego, aby zorientować się, że przyjmą do pracy praktycznie każdego chętnego bez specjalnych postępowań kwalifikacyjnych. I znowu większość publicystów wiąże te problemy z emigracją zarobkową, co jest bardzo dużym uproszczeniem. To prawda, że np. studenci i uczniowie często wolą pracować w wakacje za granicą niż w kraju, podobnie jak i wiele osób decyduje się na wyjazd na stałe. Mało kto jednak pamięta, że o spodziewanych kłopotach kadrowych przedsiębiorcy zaczęli mówić już kilka lat temu, gdy Polska dopiero miała wchodzić do UE i otwierały się możliwości emigracji zarobkowej. Wówczas nikt nawet nie zdawał sobie sprawy, że emigracja będzie tak szeroka. Gdyby jej nie było, kłopoty z naborem wykwalifikowanych robotników byłyby i tak na porządku dziennym, choć na pewno emigracja te problemy bardziej uwypukliła. Pamiętam kilka spotkań przedsiębiorców z przedstawicielami miast w niektórych miastach polskich w latach 2001-2002. Już wtedy apelowali oni o to, aby otwierać nowe klasy w szkołach zawodowych, aby promować kształcenie na kierunkach technicznych. Właściciele i szefowie firm już wówczas dostrzegali, że wytwarza się luka pokoleniowa: starsi pracownicy odchodzili na emerytury, a młodszych było coraz mniej. Wówczas mało kto jednak takimi sprawami się przejmował, uważając, że obawy przedsiębiorców są przesadzone. Teraz się okazuje, że jednak nie. Emigracja zarobkowa tylko bardziej te luki kadrowe uwidoczniła. Brak pracowników w zawodach technicznych to przede wszystkim efekt załamania się szkolnictwa zawodowego w latach 90. Popularne technika, a zwłaszcza zawodówki, obarczano winą za wysokie bezrobocie. Twierdzono wręcz, że te szkoły wypuszczają nie absolwentów, ale bezrobotnych. Mało kto zastanawiał się nad dostosowaniem programów nauczania do wymagań rynku pracy, w szkołach nie kupowano nowych maszyn i urządzeń, aby dobrze uczyć zawodu. Łatwiej było lokalnym władzom zamykać szkoły zawodowe i w najlepszym wypadku umieszczać w tych budynkach nowe licea ogólnokształcące. Efekt był taki, że w wielu regionach już na początku obecnej dekady przemysł zaczął odczuwać braki kadrowe. Apelowano o reformę szkolnictwa zawodowego, ale z miernym skutkiem. Sytuacja zaczyna się jednak powoli zmieniać. Zawodówki na nowo stają się popularne, bo oferują możliwość zdobycia profesji bardzo poszukiwanych na rynku. Mając w ręku atrakcyjny zawód, bez kłopotów można zdobyć pracę i w dodatku dobrze płatną. To dlatego w tym roku na jedno miejsce w wielu szkołach budowlanych, gastronomicznych czy hotelarskich zgłasza się więcej absolwentów gimnazjów niż nawet w najbardziej renomowanych liceach. To zresztą nie tylko efekt zmian na rynku pracy, bo zmienił się także klimat społeczny wokół szkolnictwa zawodowego. Jeszcze niedawno wiele osób uważało, że nauka w takiej szkole to coś "gorszego". Teraz, gdy społeczeństwo zdaje sobie sprawę, że bez robotników kraj nie będzie się rozwijał, zawodówki zaczynają być doceniane. Rodzice przestają uważać, że wybór szkoły o profilu zawodowym świadczy o słabej ambicji ich dziecka lub nawet niskiej inteligencji, a wręcz przeciwnie - jest to dobry i świadomy wybór przyszłej drogi życiowej. Mamy więcej zarabiać Niewątpliwie deficyt rąk do pracy spowodował, że polepsza się sytuacja osób już zatrudnionych. Do niedawna to pracodawcy byli panami sytuacji, mogli zatrudniać i zwalniać ludzi bez ograniczeń, jeśli tylko chcieli. Częste były przypadki łamania praw pracowniczych. Teraz sytuacja już zaczyna się zmieniać. Pracodawcom nie opłaca się lekceważenie pracowników, bo ci mogą znaleźć sobie inną pracę. Co więcej, deficyt rąk do pracy powoduje, że zakłady zaczynają sobie podkupywać pracowników, oferując im wyższe wynagrodzenie. To z kolei oznacza, że ten, kto chce zatrzymać u siebie ludzi, musi im dać więcej zarobić. Nie można co prawda mówić o rozkręcającej się spirali podwyżek (zapewne ku smutkowi zatrudnionych), ale też i wiele branż odczuwa już efekty wzrostu wynagrodzeń. I ten proces będzie się pogłębiał. Nie brakuje zresztą opinii, że na podwyżki polscy pracownicy zasłużyli sobie już dawno. Wydajność pracy w Polsce systematycznie rośnie, co przyczynia się zresztą do tego, że od kilku lat bardzo szybko wzrastają zyski przedsiębiorstw. Wedle ostatnich danych w pierwszym kwartale zyski wszystkich firm w Polsce wyniosły 19 mld zł, aż o 7 mld zł więcej niż w tym samym okresie 2006 roku. I częścią tych zysków właściciele zaczęli się dzielić z pracownikami. Jedni robią to z większą chęcią, inni z mniejszą, ale i jedni, i drudzy nie mają wyjścia, jeśli chcą nie tylko utrzymać się na rynku, ale i rozwijać. Musimy mieć jednak świadomość, że jeszcze przez wiele lat pensje w Polsce będą o wiele niższe niż te na Zachodzie, bo tak ogromnych różnic nie da się szybko zniwelować. Tym niemniej jest nadzieja, że nasze dochody będą coraz wyższe. Choć z drugiej strony pewnym zagrożeniem jest zapowiedź zwiększenia przyjazdów pracowników ze Wschodu, których oczekiwania płacowe są niższe niż Polaków. Gdyby tak się stało, wtedy tempo wzrostu prac zostałoby zahamowane. Bezrobocie będzie spadać Stopa bezrobocia, która jest coraz niższa, będzie w dalszym ciągu spadać, bo koniunkturę gospodarczą mogą przedłużyć choćby takie wydarzenia, jak Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Polska jest też coraz bardziej atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów, którzy chętnie lokują tu swoje pieniądze. W efekcie już niedługo poziom bezrobocia powinien spaść poniżej 10 procent. Wtedy na pewno będzie można powiedzieć, że brak pracy nie jest podstawowym problemem społecznym. Co więcej, część specjalistów jest nawet zdania, że rzeczywista stopa bezrobocia, a nie ta zarejestrowana przez urzędy pracy, już teraz wynosi mniej niż 10 procent. Bo część osób oficjalnie pozostających bez pracy ma zatrudnienie, tylko że pracuje na czarno. Dotyczy to zresztą nie tylko małych miast. Wiele osób jest zatrudnionych bez umów także na budowach czy w firmach w Warszawie, Krakowie, Łodzi i innych dużych miastach. Choć z pewnością tam, gdzie bezrobocie ma wielkość śladową (jak w Warszawie, gdzie wynosi kilka procent), o chętnych do pracy na czarno jest coraz trudniej. Bo po co ma ktoś godzić się na takie warunki, skoro firma z sąsiedniej ulicy proponuje mu umowę, pensję i ubezpieczenie? To z pewnością bardzo dobre zjawisko, bo oznacza nie tylko cywilizowanie rynku pracy, ale choćby wzrost wpływów do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i Narodowego Funduszu Zdrowia z tytułu składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Proces ograniczania bezrobocia stanie się na pewno jeszcze bardziej widoczny, gdy dojdzie do odczuwalnego zmniejszenia kosztów pracy. Wówczas nielegalne zatrudnianie pracowników zwyczajnie przestanie się opłacać. Teraz pracodawcy kalkulują i wychodzi im, że opłaca się nawet ryzykować wysoki mandat lub grzywnę, bo jest to i tak tańsze niż opłacanie wszystkich kosztów pracy. A łamanie prawa nie powinno im się opłacać. Podsumowując, należy stwierdzić, że sytuacja na rynku pracy jest bardzo dynamiczna. Teraz mamy do czynienia z emigracją zagraniczną, ale już niedługo, gdy poprawią się warunki podróżowania drogami i koleją, gdy rozszerzy się sieć lotnisk lokalnych, wówczas o wiele więcej osób zacznie też szukać lepszej pracy w innych miastach i województwach. Zresztą, podobnie jak w krajach zachodnich, rośnie nam pokolenie ludzi, którzy łatwo podejmują decyzję o zmianie miejsca zamieszkania. To zaś oznacza, że konkurencja na rynku pracy będzie jeszcze ostrzejsza. W dodatku kiepskie prognozy demograficzne zwiastują w przyszłości coraz większy deficyt rąk do pracy, co będzie skutkować osłabieniem tempa rozwoju gospodarczego lub koniecznością przyjmowania setek tysięcy emigrantów. Jakie będą efekty tych procesów - to już temat do oddzielnych rozważań. Krzysztof Losz, "Nasz Dziennik" 2007-05-29
Autor: ea