Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Sprawił sobie prezent

Treść

Dramatyczny mecz polskich siatkarzy z Francuzami w pierwszym dniu finałowego turnieju Ligi Światowej w Katowicach przypomniał kibicom o równie emocjonującym, trzymającym do końca w ogromnym napięciu spotkaniu z Rosjanami podczas ubiegłorocznych MŚ w Japonii. W obu przypadkach biało-czerwoni stanęli na wysokości zadania - wygrali pięciosetowe konfrontacje. Podobnie jak kilka miesięcy temu świetnie znów zagrali kapitan zespołu Piotr Gruszka i atakujący Grzegorz Szymański. W środę szczególnie ten drugi wypunktował niemiłosiernie francuskich rywali. Dla blisko 11 tysięcy widzów był najlepszym graczem dwugodzinnego widowiska, choć nagrodę dla MVP odebrał Antonin Rouzier. - Podziela Pan odczucia kibiców? - To nie był dzień konia ani wielki styl - powiedział skromnie Grzegorz Szymański. - Mnie po prostu trochę pomogła miesięczna przerwa. Nie atakowałem jednak na takim pułapie, na takiej wysokości, na jakiej normalnie blok łapie piłki. Ja gdzieś je tam wciskałem. - Czy to właśnie zaskoczyło Francuzów? - Myślę, że po części tak. Byli nastawieni na ataki Mariusza Wlazłego, który uderza z bardzo dużej wysokości, bije mocno - po kierunkach. Natomiast ja obijałem ich ręce. Przypuszczam, że nie spodziewali się tego. - Dolegliwości kolegów z wyjściowej "szóstki" - skurcze Mariusza Wlazłego i Michała Winiarskiego - zmusiły Raula Lozano do wprowadzenia do gry Pana i Piotra Gruszki, pojawił się na boisku także jeszcze zawodnik z ławki - Michał Bąkiewicz i dobrze przyjmował zagrywkę rywali. W pewnym sensie przypadek chyba sprawił, że złapaliście drugi oddech i wyszliście z dużych opresji, bo zanosiło się na drugą sensację po porażce Brazylijczyków z Bułgarami. - Taka jest rola rezerwowych. Wiem, że dostałem drugą szansę od Raula Lozano i wydaje mi się, że w miarę ją wykorzystałem. Mogę już teraz obiecać, że za każdym razem postaram się grać na maksimum możliwości. Zresztą po to się jest w reprezentacji. - Czy MVP, czyli najwartościowszym zawodnikiem meczu, powinien zostawać zdobywca największej ilości punktów? - Chyba tak, ponieważ jest to wszystko wymierne. Ten, który najwięcej haruje i tyra przez cały mecz, dostaje nagrodę, a nie ten, który wejdzie w trzecim secie, kilka razy szczęśliwie zaatakuje i okrzykną go bohaterem. Zresztą jeden zawodnik nie jest w stanie w siatkówce nic zdziałać - gra drużyna. - Przyszło Panu choć przez chwilę na myśl, że oto mamy niemal powtórkę ze spotkania z Rosją w mistrzostwach świata? - O tamtym występie nie zapomniałem, ale tym razem skupiałem się wyłącznie na bieżących wydarzeniach na boisku. Choć spodziewam takich porównań. - Nie obawiał się Pan, że przed najważniejszymi imprezami sezonu nie zdąży Pan wyleczyć kontuzji? - Może nie aż tak, ale przerwa była za długa i na pewno wybiła mnie z rytmu. Wystarczy przerwać treningi na tydzień, dwa by powstały spore zaległości. Wiedziałem, że jeśli będę chciał znaleźć się w ekipie na finał Ligi Światowej to muszę dużo dać z siebie podczas zgrupowania w Spale. Starałem się jak mogłem i trener mi zaufał. I na razie go chyba nie zawiodłem. Kolejne mecze będą jednak tak samo ciężkie, nie wiadomo do końca co z Mariuszem Wlazłym, muszę być przygotowany na grę nawet w wyjściowej szóstce. Mariusz ciągnie grę w reprezentacji, natomiast ja tylko podciągam. Nie wpadam więc w euforię. Wczoraj, w wolnym dla biało-czerwonych dniu turnieju Grzegorz Szymański, który w meczu z Francją zdobył 19 punktów, dla porównania, MVP Rouzier - 24, obchodził 29. urodziny. Lepszego prezentu nie mógł sobie sprawić. Rozmawiał Jerzy Sasorski (Katowice) "Dziennik Polski" 2007-07-13

Autor: wa